Wpisz aby wyszukać

Nasza biblioteka

Strzałka i muszla – wywiad z Natalią Kulig. Część III

Udostępnij

Natalia Kulig – ur. w 1987 roku w Lublinie. Absolwentka ochrony środowiska Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wolontariuszka Fundacji „Mam Marzenie”. Odbyła pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela.

Który dzień wspominasz najlepiej?

Dzień, w którym przechodziliśmy przez góry. Wyobrażałam sobie tamtejsze góry jak Tatry, bo były podobnej wysokości. Myślałam, że będzie dużo schodów, i bardzo martwiłam się o swoje kolano. Któregoś ranka zauważyłam, że mam dziury w podeszwach, i zdecydowałam się zmienić buty treckingowe na sandały. Idąc w sandałach, zapytałam kogoś ot tak, żeby zagadać: „Kiedy będą góry?”. Odpowiedź mnie zszokowała, bo usłyszałam: „Dzisiaj wchodzimy”. Odparowałam: „Jak to: dzisiaj?! Przecież idę w sandałach…”. Z lenistwa nie zmieniłam butów; uznałam, że będę szła w sandałach tyle, ile dam radę. Tak naprawdę nawet nie zauważyłam, kiedy weszliśmy w góry. W końcu cały etap przeszłam w sandałach.
Miałam obawy co do tego dnia, bo byłam już przemęczona. Ku mojemu zdumieniu to był najwspanialszy dzień na całym camino. Wtedy szliśmy w komplecie, we czwórkę i przeszliśmy po górach 30 km. To był chyba czternasty dzień wędrowania. Widoki były przepiękne, ganialiśmy się i biliśmy kijkami. Czułam się jak w pierwszym dniu – żadnego bólu, żadnego zmęczenia… Gdy ludzie zobaczyli, że mamy siłę się ścigać, myśleli, że dopiero zaczęliśmy szlak. W dodatku miasteczko, w którym się zatrzymaliśmy, było ładne i hospitalero w albergue okazał się sympatyczny. To pozytywnie nas zaskoczyło w momencie, kiedy byłam pełna obaw.

Co się działo po dotarciu do celu?

Do Santiago doszliśmy w siedmioro: my, Martino, Kim i Karolina – Polka, z którą zaprzyjaźniliśmy się po drodze. Po dojściu na miejsce na podstawie „paszportu” otrzymaliśmy compostelkę – certyfikat potwierdzający, że przeszliśmy szlak. W południe odbyła się w katedrze uroczysta Msza Święta, przed której rozpoczęciem odczytano, ilu pielgrzymów i jakiej narodowości dotarło tego dnia do Santiago. Byliśmy jedynymi Polakami.
W samej katedrze znajduje się największe na świecie kadzidło, tzw. Botafumeiro, które waży kilkadziesiąt kilogramów i jest umocowane na długiej linie. Kadzidło wprawia w ruch ośmiu mężczyzn. Koszt uruchomienia Botafumeiro wynosi kilkaset euro, więc nie zawsze jest poruszane. Trzeba mieć szczęście, żeby na to trafić, i my je mieliśmy, bo dotarliśmy do Santiago w pierwszy piątek miesiąca. O tym, czy kadzidło zostanie uruchomione, pielgrzymi dowiadują się dopiero w trakcie nabożeństwa, tak więc jest pewien dreszczyk emocji. Mężczyźni dosłownie wieszają się na grubych linach i kadzidło kołysze się od sufitu do sufitu przez całą szerokość katedry.
Organista gra wówczas podniosłe melodie. Pomyślałam wtedy: „Jak w bajce!”. Poza tym jest zwyczaj, że caminowicze przytulają się do figury św. Jakuba. Ten gest pozwala symbolicznie wyrazić wdzięczność i radość z dotarcia do celu, przynosi także ulgę i ukojenie w pielgrzymich bólach. Później schodzi się do piwnic, gdzie znajduje się grób Apostoła. Tam też można podejść i pomodlić się, ale najpierw trzeba odstać swoje w długiej kolejce. Modląc się przy grobie św. Jakuba, dziękowałam za przebytą drogę, opiekę i trudności, które pomagał mi przezwyciężyć, oraz za tych, których niosłam w sercu.

Czym kończy się camino?

Zgodnie z tradycją wszystkie szlaki kończą się na Finisterze nad Oceanem Atlantyckim. Znajduje się tam słupek „0 km”. Jest to tzw. „koniec świata”. W tym miejscu pali się pielgrzymkowe ubrania i kąpie w oceanie – na znak, że człowiek po zmaganiu się ze wszystkimi swoimi słabościami na camino, odrodził się. Wraz z ubraniami mają spłonąć również dawne przyzwyczajenia i grzechy. Kiedy my byliśmy na Finisterze, padał deszcz, więc o kąpieli nie było mowy, ale udało się wzniecić ogień i spalić moje ubrania. Dzięki temu zwyczajowi wracałam do Polski z o wiele lżejszym plecakiem.

Udało Ci się zapomnieć na szlaku o tym, co masz na co dzień?

Tak, ponieważ tam miałam tylko dwa problemy: do jakiego punktu uda nam się dojść i co będziemy jeść na obiad. Któregoś dnia zadzwonił kolega z wolontariatu i zapytał, czy rozliczyłam wyjazd nad morze. Powiedziałam: „Bartek, jakie rozliczenie?”. Gdybym była w Lublinie, ten telefon w ogóle by mnie nie zdziwił. W połowie szlaku koleżanka ze studiów wysłała mi SMS-a: „Wiem, że jesteś teraz w innym świecie, ale nie pamiętasz, na jakie monografy zapisałyśmy się na czwartym roku?”. Pomyślałam: „Co to za pytanie?!”. Jednak ten SMS drastyczne strącił mnie na ziemię.
Uzmysłowiłam sobie, że choć przebywam teraz w innym środowisku, to moje prawdziwe życie zostało w Lublinie: rodzina, przyjaciele, studia, fundacja, świetlica. Wszystkie sprawy toczyły się swoim naturalnym biegiem, ale bez mojego udziału. Okazało się, że lubelski świat może funkcjonować beze mnie. Potrzebowałam tej przerwy, aby docenić to, co mogę robić na co dzień, i by móc wrócić z nowymi siłami. Dało mi to dużo wewnętrznego wyciszenia.

Czułaś Boga w trakcie tej wyprawy?

W Hiszpanii było mi dane przeżyć największą dotychczas przygodę mojego życia – Camino de Santiago. Czasami sobie myślałam: „Niewiarygodne! To przyszło do mnie samo i potoczyło się swoim torem. Ktoś musiał to wcześniej nieźle obmyślić: najpierw dał mi taką możliwość, później odwagę w podjęciu decyzji i środki niezbędne do realizacji zamierzenia”. Wiem, że tym kimś jest Bóg. Skoro On dał mi szansę, to wierzyłam, że da również siłę. Każdego dnia prosiłam: „Boże, daj siłę, wytrwałość i odwagę w dalszym pielgrzymowaniu mnie i moim towarzyszom…”.
Nigdy nie potrzebowałam dowodów na istnienia Boga, bo uważam, że samo moje życie jest już tego potwierdzeniem, ale całe camino na nowo pozwoliło mi odkryć Jego bliskość – począwszy od przygotowań, przez całą trasę, po owoce, które ciągle zbieram. Otrzymałam siłę, która pozwoliła mi przekraczać własne bariery. Moja wiara jest ciągle za mała, ale jest żywa i na swój sposób radosna i kolorowa. Cieszę się, że właśnie tak jest. Wiara to nie tylko recytowanie modlitw do świętych obrazów, ale to też może być poświęcenie, przygoda, trud…

Co Ci dało camino?

Może to dziwne, ale wybierając się do Hiszpanii, nie oczekiwałam niczego od camino. Nie zakładałam, że znajdę odpowiedź na pytania, które mnie nurtują, albo doświadczę czegoś spektakularnego. Dzięki temu mogłam przeżywać camino spontanicznie. Wraz z umykającymi spod nóg kilometrami odkrywałam, że cel wbrew pozorom nie jest najważniejszy.
Nie spodziewałam się, że wraz z dojściem do katedry w Santiago coś się nagle zmieni. Nie usłyszałam fanfar i nie zostałam nagle oświecona, co nie zmienia faktu, że byłam szczęśliwa i wzruszona. Jednak wcześniej doszłam do wniosku, że w tym wszystkim cel nie jest aż tak istotny. Ważniejsze jest to, jak przeżyję ten czas i czego się nauczę, bo camino jest drogą do poznania samego siebie. Z tego względu warto wędrować ponad 600 km, męczyć się, walczyć ze swoimi słabościami i przekraczać granice, które wcześniej wydawały się nie do przekroczenia.
Pielgrzymkę zaczęliśmy z popularnym wśród caminowiczów zdaniem: „To nie droga jest trudnością, to trudności są drogą”. Natomiast kończyłam z tym, co sama odkryłam: „Jestem w stanie zrobić więcej, niż mi się wydaje”. Każdy dzień pokazywał mi, jak wiele mogę. Nie spodziewałam się, że jestem w stanie tyle z siebie wykrzesać. W normalnych warunkach rezygnuję z robienia czegoś, gdy pojawi się jakakolwiek przeszkoda, choćby ból głowy. A tam? Bolała mnie noga i szłam dalej. Miałam mnóstwo siły i niesamowitą motywację.
Camino jest jak życie – zaskakujące i nieprzewidywalne. Wszystkie kilometry, zakręty i miasteczka niosły ze sobą coś nowego, jakąś niespodziankę – miłą albo przykrą. Po przejściu ponad 30 km często wydawało mi się, że lada chwila powinnam dotrzeć do miejsca noclegu, a tu okazywało się, że za górką jest jeszcze jedna górka albo za zakrętem następny zakręt. Momentami to było irytujące! Z góry i pod górę, na zakręcie i za zakrętem – zupełnie jak w życiu! Schodzenie w dół ze względu na dokuczliwy ból nóg nie było dla mnie przyjemne, ale wiedziałam, że skoro schodzę w dół, to za chwilę będę musiała znowu wdrapać się na górę – i to było zbawienne. Nawet kiedy szłam z przewodnikiem w ręku, nie wiedziałam, co mnie spotka na kolejnym odcinku. Przecież w życiu jest dokładnie tak samo!

Po powrocie do domu, gdy emocje już opadły, często wracałaś myślami do tego, co przeżyłaś?

Bardzo często! Tak naprawdę owoce pielgrzymowania przychodzą z biegiem czasu i myślę, że wciąż jeszcze mogę coś „wycisnąć” z mojego camino. Na szlaku musiałam przekraczać siebie, aby sprostać wyzwaniu, które podjęłam. Chciałabym umieć zamieniać swoją codzienność w pewien rodzaj camino. Bo tak naprawdę camino można uczynić ze wszystkiego – wystarczy znaleźć właściwy cel: trudny, ale osiągalny. Przykładowo: przeszłam na dietę z myślą: „To trwa bardzo długo! Nie wiem, czy wytrzymam”. Ale minął pierwszy tydzień, drugi, trzeci, czwarty… Nie zrezygnowałam, choć minęły już cztery miesiące. Powoli zaczynam widzieć efekty. Jeśli chce się coś osiągnąć, to najpierw trzeba włożyć w to wysiłek.

Wrócisz tam?

Wrócę! Na szlaku spotkaliśmy dwie warszawianki, które miały około pięćdziesięciu lat. Zaczęły szlak we Francji i następnego dnia miały spotkać się z przyjaciółką, która wyruszyła z Polski. Dzień spotkania miał być setnym dniem pielgrzymowania tamtej kobiety, a do samego Santiago miały dotrzeć dopiero za dwa tygodnie. Pomyślałam: „Ekstra!”. Mijaliśmy także pielgrzymów, którzy wracali na piechotę z Santiago.
Nie wiem, czy byłoby mnie stać na coś takiego – idąc w kierunku grobu św. Jakuba, ma się cel. W momencie, gdy się go już osiągnęło, nie ma już czegoś, na co się czeka. Nocując z ludźmi w schroniskach, nie ma się już tego poczucia, że jeszcze się ich spotka, wówczas to są znajomości tylko na jeden wieczór. Niedawno przeczytałam książkę o Polaku, który mieszkał w Niemczech i wyruszył samotnie do Santiago z Fatimy, przeszedł trasą francuską, dotarł na Finisterę i wrócił z powrotem na piechotę inną drogą.
Moim marzeniem jest teraz pójść do Santiago z Polski. Odważyłabym się ruszyć w taką trasę, choć na pewno wiązałoby się to z wieloma trudnościami. Z Lublina do Santiago jest ok. 3500 km, więc zajęłoby to 3-4 miesiące. W oczach wielu ludzi coś takiego jest wariactwem. Niby powinnam teraz zadbać o sprawy zawodowe… Tylko kiedy to zrobię, jak nie teraz? Gdy będę miała męża i dzieci, taka pielgrzymka pozostanie w sferze nieosiągalnych marzeń. Z Polski na pewno chcę wyruszyć, ale w pierwszej kolejności chcę pokonać całą trasę francuską, łącznie z początkowym odcinkiem liczącym 150 km, którego nie przeszliśmy. Jak już się porywać, to na całość! Marzy mi się również trasa północna nad oceanem, która ponoć do łatwych nie należy.

Zobacz poprzednią część!

Zobacz więcej

 

Tags:

Zobacz również

Napisz komentarz