Wpisz aby wyszukać

Nasza biblioteka

Dzieci fatimskie – Jolanta Koziej-Chołdzyńska. Część I

Udostępnij

Dlaczego dzieci z Fatimy?

Objawienia fatimskie mają szczególne znacznie dla Kościoła. Jak powszechnie wiadomo, zostały przekazane za sprawą trójki małych pastuszków: Franciszka, Hiacynty i Łucji. Pojawiły się w trakcie wyjątkowego kryzysu wiary, szerzenia się ateizmu oraz wojny. Cudowne wydarzenia stały się potwierdzeniem nadprzyrodzonego wymiaru Kościoła. Uznanie ich prawdziwości przez duchownych i rzesze wiernych ze wszystkich kontynentów potwierdza eklezjalny wymiar orędzia Pięknej Pani.
Wezwania Maryi do modlitwy i podjęcia pokuty w celu nawrócenia grzeszników wskazywały z jednej strony na błędne drogi, jakimi podąża ludzkość, i na odejście od Boga, a z drugiej – pokazywały miłosierdzie Najwyższego, który przez Matkę Bożą poucza, co ludzie powinni czynić, aby uwolnić się od zła oraz spod mocy szatana, a tym samym powrócić do źródła ładu, pokoju i miłości.
Wincenty Łaszewski, znany badacz w zakresie antropologii mariologicznej, a przede wszystkim znawca objawień fatimskich, w jednym ze swoich opracowań napisał: „Wszystko ma swój sens i cel. Jeśli Niebo wybrało Łucję, Hiacyntę i Franciszka, a odrzuciło wcześniejsze towarzyszki Łucji: Teresę Matias i Marie Rose Matias oraz Marie Justino, to z pewnością Bóg miał ku temu jakiś ważny powód. Jego wybory są zawsze »najlepsze« i bez cienia wątpliwości zawsze doskonałe. Jeżeli zapragnął, by bezpośrednimi odbiorcami objawień była Łucja i jej dwoje kuzynów, to z pewnością warto przyjrzeć się bliżej duchowej sylwetce tych prostych pastuszków”. Idąc za wskazówkami znanego mariologa, postaramy się nakreślić obraz trójki dzieci z Fatimy, przedstawimy ich życie przed objawieniami, jak i po nich, by w ten sposób przybliżyć historię niezwykłych zjawień Maryi.
Najważniejszą cechą – zarówno wizjonerów, jak i miejsca objawień – jest ich „małość w oczach świata”, ich „marginalność”, ich „skrajna nieważność”. Siostra Łucja w swoich wspomnieniach wyjaśniła, że taki właśnie był Boży plan, by w niepozornej, zwyczajnej wiosce ukazać trójce pastuszków wielkie tajemnice. Zastanawiające jest, dlaczego to te małe dzieci miały przekazać światu orędzie Maryi, skoro nie były w stanie do końca zrozumieć wielu elementów zawartych w przesłaniu. Łucja sądziła, co podkreśliła we wspomnieniach, iż Rosja to imię jakiejś złej kobiety, grzesznicy, za którą trzeba się modlić. Franciszek był natomiast przekonany, że to krnąbrny osioł ich sąsiada, który podobnie się nazywał.
Siostra Łucja podsumowała istotę tych planów Bożych w słowach: „[Bóg] rozpoczyna od przygotowania słabych narzędzi, którymi pragnie się posłużyć, by podkreślić, iż dzieło należy do Niego i że to On jest tym, który działa, realizując w pierwszej kolejności plany swego nieskończonego miłosierdzia. […] Bóg wybrał to dzikie miejsce bez powabów naturalnych, bez wygód materialnych, by tutaj wybudować swoją Świątynię Uniwersalną, gdzie ludzie ze wszystkich części świata – ufni w miłosierdzie Ojca całej ludzkości, w którego domu każde dziecko ma swoje miejsce – będą przychodzić z wiarą, aby uwielbiać Go, oddawać Mu cześć, składać hołd uwielbienia, dziękować oraz prosić Go o wybaczenie, by chwalić Go i sławić Jego święte Imię, wyśpiewywać Jego chwałę, prosić Go o Jego błogosławieństwo i łaskę”.
Podobnie uważał Święty Paweł, który powiedział: „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne są też rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla [wspólnego] dobra” (1 Kor 12, 4-7), „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, […] to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, […] tak, by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1 Kor 1, 27-29). Dzięki tym fragmentom Pisma Świętego Łucja zrozumiała, z jakiego powodu Bóg wyznaczył ją do niepowtarzalnej misji. Powołał właśnie ją, ponieważ: „w Jego zwyczaju jest wybierać coś nieużytecznego, aby tym się posłużyć, by tym samym pokazać światu, że dzieło należy do Niego, a nie do narzędzia, które wybrał”. Słowa: „Ich życie jest zagadką” wypowiedziała matka błogosławionych dzieci, Hiacynty i Franciszka Marto, w trakcie spotkania z matką Łucji, która dodała: „Gdy są same, rozmawiają bez przerwy jak wodospad, tak że ani słowa się nie rozumie, chociażby człowiek wytężył słuch. A gdy tylko, kto wejdzie, spuszczają głowy i już słowa nie rzekną. Nie mogę zrozumieć tej tajemnicy”.

Beztroskie dzieciństwo przed objawieniami

Franciszek i Hiacynta byli rodzeństwem. Przyszli na świat w wiosce Aljustrel koło Fatimy, w powiecie Vila Nova de Ourém, w rodzinie Manuela Pedro Marto i Olimpii de Jesus. Ich ojciec, zwany we wsi jako „wujek Marto”, uchodził za człowieka bogobojnego, poważnego, uczciwego i nader pracowitego. Matka była natomiast siostrą ojca Łucji. W 1888 roku poślubiła jej wujka. Z tego małżeństwa miała dwóch synów, Antoniego i Manuela. Po przedwczesnej śmierci pierwszego męża powtórnie wyszła za mąż, tym razem za Manuela Pedro Marto (1897). Z tego związku narodziło się siedmioro dzieci: Józef, Teresa (zmarła w wieku dwóch lat), Florinda (zmarła w 1920 roku, mając 17 lat), druga Teresa (zmarła w 1921 roku w wieku 16 lat), Jan (jako jedyny dożył sędziwego wieku – zmarł w 1999 roku) oraz najmłodsi: Franciszek i Hiacynta.
Franciszek Marto urodził się 11 czerwca 1908 roku, a 20 czerwca został ochrzczony w parafialnym kościele. Hiacynta przyszła zaś na świat 11 marca 1910 roku. Chrzest otrzymała osiem dni później w tej samej świątyni co jej brat.
Franciszek miał okrągłą twarz, regularne rysy i bardzo żywe spojrzenie. Po ojcu odziedziczył spokojne usposobienie. Był cierpliwy, cichy i poważny. Lubił w spokoju rozmawiać, wolał jednak słuchać niż mówić. Siostra Łucja niegdyś o nim napisała: „Ja osobiście nie miałam dla niego wiele sympatii, bo jego spokojna natura intrygowała moją zbytnią żywotność”. Franciszek pragnął żyć w zgodzie ze wszystkimi. Nie było w nim uporu ani agresji. Szczególną troską otaczał małe ptaszki, które dokarmiał, dzieląc się z nimi swoimi kanapkami. Dało się zauważyć, jak wspomina Łucja, że zlatywały się do niego dużymi gromadami, a on: „Zadowolony przypatrywał im się, jak fruwały na drzewa z pełnymi gardziołkami, śpiewając i świergotając radośnie, a on je naśladował z namaszczeniem, włączając się do ich chóru”. Dał się też poznać jako chłopiec zatroskany o ludzi potrzebujących pomocy, starszych, samotnych i niedołężnych. Cierpiał, gdy widział osoby chore: „Nie mogę na tych ludzi patrzeć, tak mi ich żal”.
Hiacynta mała ciemną karnację, cechowała się delikatną budową ciała. Ciężko znosiła upały. Lubiła postawić zawsze na swoim. Najmniejsze nieporozumienie wystarczało, aby zaczęła się dąsać. Opuszczała koleżanki i kolegów, którzy z humorem mówili, że poszła przywiązać swojego osiołka. Jedynym sposobem na ściągnięcie jej z powrotem było ustąpienie jej zarówno w kwestii wyboru następnej gry, jak i osób, z którymi będzie się bawić. Bardzo przywiązywała się do rzeczy. Podczas jednej z zabaw, kiedy wygrała wszystkie guziki, nie chciała ich oddać. Gromadziła je w nadmiarze, by w razie ewentualnej przegranej nie oddawać swoich. Mimo uporu była dobra, pogodna i towarzyska. W czasie wolnym najchętniej śpiewała i tańczyła. Zauważono, że miała ku temu szczególne zdolności. Była na swój sposób wrażliwa. Lubiła podziwiać zachody słońca. Wieczorem liczyła gwiazdy, które dzieci nazywały lampkami aniołów. Księżyc był lampą Matki Bożej, a słońce – Boga. Hiacynta podkreślała, iż bardziej lubi lampkę Madonny, gdyż jej nie oślepia.
Dziewczynka lubiła przytulać małe jagniątka. Kiedy dzieci wieczorem wracały z pastwiska do domu, chciała za wszelką cenę nieść najmniejsze, aby się nie zmęczyły. Kiedyś Łucja zapytała kuzynkę o tę wielką miłość do tych zwierząt. Hiacynta odpowiedziała, że chce postępować jak Jezus, który – jak na obrazku – idzie między owcami, a jedną niesie na ramionach. Tak starsza z dziewczynek powiedziała o swej małej towarzyszce: „Ceniła kwiaty, jakie ofiarowała jej górska ziemia, dostrzegając w nich całą radość wiosny. Lubiła słuchać echo swojego głosu pośród wzgórz, które wracało do niej z każdym Zdrowaś Maryjo. Obejmowała owieczki, wołała je po imieniu i chodziła pośród nich, z jedną zawieszoną na szyi, by »zrobić tak jak Pan Jezus«”. Łucja wspomina, że Hiacynta bardzo przeżywała krzyżową śmierć Chrystusa, wiele razy prosiła o powtórzenie fragmentu Ewangelii przedstawiającego wydarzenia z Golgoty. Płakała i ze współczuciem mówiła: „Biedny Pan Jezus! Ja nigdy nie popełnię żadnego grzechu. Nie chcę, aby Pan Jezus cierpiał jeszcze więcej”. Koniecznie chciała zobaczyć Chrystusa żywego. Któregoś razu miała rzucać kwiatki podczas uroczystości Bożego Ciała. Kiedy Łucja zauważyła, że ani jeden kwiatek nie opuścił jej koszyczka, zapytała Hiacyntę, co się stało. Kuzynka odpowiedziała, że nie widziała Pana Jezusa. Kiedyś Łucja wytłumaczyła jej tajemnicę obecności Syna Bożego w Hostii. Mała dziewczynka zapytała wówczas wnikliwie: „[…] jak to jest, że tylu ludzi naraz może Jezusa ukrytego przyjąć. Czy każdy po kawałku?”
W domu państwa Marto, którzy na co dzień zajmowali się pasterstwem, panowała dobra atmosfera. Małżonkowie dbali o właściwe wychowanie dzieci w duchu chrześcijańskim. Łucja zanotowała w swoich wspomnieniach: „Obowiązek uczęszczania do kościoła był dokładnie przestrzegany, zarówno w niedzielę, jak i w obowiązujące święta. O świcie wszyscy udawali się na Mszę Świętą. W południe był odpoczynek: młodzi gromadzili się i wesoło bawili na naszym podwórku, w cieniu wielkich figowych drzew i pod czujnym spojrzeniem rodziców. […] O zmierzchu, kiedy dzwony kościelne dzwoniły na Anioł Pański, wszyscy podnosili się, zdejmowali z głów kapelusze, modlili się i żegnali tradycyjnym »Z Bogiem«. Nadchodził czas powrotu do domu, wspólnej kolacji, a potem odmawiania różańca”. Dzieci od najmłodszych lat pomagały rodzicom w uprawie roli i przy wypasaniu owiec. Mimo to miały czas na modlitwę i poznawanie Ewangelii.
Pomagała im w tym Łucja (Lucia de Jesus dos Santos), która urodziła się 22 marca 1907 roku w przysiółku Aljustrel należącym do parafii w Fatimie. Chrzest otrzymała w Wielką Sobotę, 30 marca. Była ostatnią z siedmiorga dzieci Antonio i Marii Rosa, praktykujących katolików. Matka uczyła rodzeństwo podstaw katechizmu, przypominając o przestrzeganiu zasad moralności. Na co dzień sama dawała piękne świadectwo, sprawując opiekę nad dziećmi chorych matek, ucząc je szycia i tkania na krosnach.
Łucja była średniego wzrostu. Miała jasne włosy, wysokie czoło i duże, piwne oczy. Jej owalna twarz była nadzwyczaj sympatyczna. Promieniała nadzwyczajnym światłem, o czym zapewniali jej najbliżsi. Już od dziecka charakteryzowała się starannością przy wykonywaniu wszelkich prac. Wcześnie, bo już 30 maja 1913 roku, przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Dobrze znała katechizm i lubiła słuchać opowieści biblijnych. Ksiądz proboszcz uznał, że lepiej niż nawet starsze od niej dzieci przyswoiła sobie prawdy wiary. Bardzo przeżyła ceremonię Pierwszej Komunii. Matka przed wyjściem dała jej jeszcze kilka upomnień i wskazówek, o co ma prosić Jezusa. Łucja wspominała po latach: „Pożegnała się ze mną tymi słowami: »Nade wszystko proś Pana Jezusa, aby cię uczynił świętą«. Te słowa tak głęboko zapadły mi w sercu, że były pierwszymi, które powiedziałam Panu Jezusowi, gdy Go przyjęłam”. Dodała: „[…] w miarę, jak zbliżała się ta chwila, moje serce biło coraz mocniej. […] Gdy tylko kapłan położył na mych ustach najświętszą Hostię, poczułam pogodę i niezmącony spokój. Poczułam się przeniknięta tak nadprzyrodzoną atmosferą, że wyczuwałam obecność Pana Boga tak wyraźnie, jakbym Go widziała i czuła wszystkimi zmysłami ciała”.
Łucja stała się pierwszą katechetką Franciszka i Hiacynty. Nie potrafiła jednak wszystkiego im wyjaśnić. W tej sytuacji dzieci uprosiły matkę, aby pozwoliła im chodzić na lekcje katechizmu. Początkowo zgodziła się, ale musiała cofnąć swoją decyzję, gdyż kościół był daleko.
Wkrótce potem Łucja musiała zająć się wypasaniem należącego do jej rodziny stadka owiec. Z czasem przyłączyli się do niej kuzyni, Franciszek i Hiacynta. Trójka dzieci była nierozdzielna. Łączyła ich specyficzna więź, co podkreśliła Łucja w swoich wspomnieniach: „Obie te rodziny były ze sobą tak zżyte, że dzieci czuły się tak samo swobodnie w domu wujostwa, jak w swoim własnym. Z jednakową przyjemnością zjadały w obu domach ledwo wyjęte z pieca, jeszcze gorące pierogi nadziane świeżymi sardynkami przywiezionymi z Nazaré albo kawałki suszonego dorsza czy plasterki kiełbasy odcinane z całorocznych zapasów. Czasami była to dziczyzna, która w pewnych porach roku sprawiała, że posiłki rodzinne były prawdziwą ucztą”.
Franciszek i Hiacynta lubili przebywać w towarzystwie swojej kuzynki, Łucji. Dzieci miło spędzały czas na pastwiskach na wspólnej zabawie. Franciszek, stroniący od licznych zgromadzeń i hałasu, grywał często na fujarce. Szczególnie upodobał sobie pieśń:
„Kocham Boga w niebie, kocham Go na ziemi,
Kocham na polach kwiaty, kocham owce w górach,
Jestem biednym pastuszkiem,
Modlę się zawsze do Maryi,
Pośrodku mego stada, w słońcu południa,
Z moimi bratankami nauczyłem się skakać.
Jestem gór weselem, jestem lilią doliny”.
Dziewczynki natomiast najchętniej tańczyły i śpiewały. Czas zabaw szybko mijał, a mali pasterze niekiedy zapominali o modlitwie. Łucja wspominała: „Zalecono nam odmawiać po jedzeniu różaniec. Żal nam było każdej chwili, więc wynaleźliśmy dobry sposób szybkiego odmawiania go. Na każdym ziarnku mówiliśmy tylko dwa słowa: »Zdrowaś Maryjo«, a na końcu dziesiątki, po przerwie też dwa słowa: »Ojcze nasz«. W ten sposób w mgnieniu oka odmówiliśmy różaniec”.

Fatima

Tags:

Zobacz również

Napisz komentarz