Wpisz aby wyszukać

Nasza biblioteka

Wierzę w Świętych obcowanie… – wywiad z Moniką Mużacz-Kowal. Część I

Udostępnij

Monika Mużacz-Kowal – ur. w 1978 roku. Radca prawny, absolwentka prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wolontariuszka w sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie.

Ewelina Pitala: Jesteś zafascynowana osobą bł. ks. Jerzego Popiełuszki i mocno związana z sanktuarium na Żoliborzu…

Monika Mużacz-Kowal: To prawda. Postać księdza Jerzego była mi zawsze bliska. To zafascynowanie przejęłam bezpośrednio od mojej mamy, ponieważ ona uczestniczyła w Mszach Świętych za ojczyznę w Lublinie. U nas w rodzinie nie praktykowano zostawiania dzieci w domu, podczas gdy dorośli szli do kościoła, dlatego mama zabierała mnie ze sobą.
Po 19 października 1984 roku Msze za ojczyznę zostały przeniesione z 16 dnia każdego miesiąca na 19. Wtedy też w wydawnictwach polonijnych z drugiego obiegu zaczęły pojawiać się publikacje o księdzu Jerzym. Gdy nauczyłam się czytać, dowiedziałam się o zbieżności dat urodzenia: Ksiądz Jerzy, tak samo jak ja, urodził się 14 września. W moim dziecięcym umyśle zrodziła się wówczas myśl: „Skoro tak, to jest moim patronem!”. Pamiętam, że tuż po mojej Pierwszej Komunii Świętej, w 1987 roku, pojechałyśmy z mamą do Warszawy i po raz pierwszy pokłoniłam się swojemu Patronowi…

Teraz jesteś wolontariuszką w Kościelnej Służbie Informacyjnej. W jaki sposób tam trafiłaś?

Tuż po przeprowadzce z Lublina do Warszawy w 2004 roku, spojrzałam przez okna swojego mieszkania i ku mojemu wielkiemu zdumieniu dostrzegłam wieże kościoła św. Stanisława Kostki. Nie znając jeszcze topografii miasta, poszłam piechotą i okazało się, że po piętnastu minutach dotarłam na miejsce. Od tego czasu powierzałam się opiece księdza Jerzego, a dwa lata temu trafiłam już na stałe do służby informacyjnej.
Można powiedzieć, że to ksiądz Jerzy mnie „ściągnął” do siebie, bo przyśniło mi się, że spowiadam się u niego. Po spowiedzi wyszedł z konfesjonału i powiedział: „Przyjdź jutro do mnie na plebanię, bo jest praca do zrobienia”. W tym śnie gdy przyszłam, przed plebanią panował ruch: ludzie biegali z paczkami. Ksiądz Jerzy odezwał się: „O, dobrze, że jesteś”, wykonał ręką gest zagarniający i dodał: „Chodź, do środka pójdziemy, porozmawiamy”. Wiele tygodni później przyszłam do kościoła św. Stanisława Kostki i trafiłam pod opiekuńcze skrzydła pani Katarzyny Soborak, szefowej Kościelnej Służby Informacyjnej. Pani Kasia stała przed plebanią i wykonała identyczny gest zagarniający, mówiąc: „Pani Moniko, chodźmy do środka, to porozmawiamy”. Zaprowadziła mnie do archiwum, które mieści się w mieszkaniu księdza Jerzego. Myślę, że to on sam sprowadza nowych współpracowników do siebie. Mój przypadek nie jest jedyny, bo wiele osób miało podobne powiązania, które przywiodły ich do współpracy tutaj.

Służby związane z ks. Jerzym zaczęły powstawać jeszcze za jego życia, prawda?

Powstanie tych służb było rozmieszczone w czasie. Służby porządkowe zawiązały się za życia księdza Jerzego, kiedy do jego mieszkania wrzucono przez okno kamień z ładunkiem wybuchowym. Robotnicy uznali, że księdza trzeba chronić. Okratowali okna i ustalili nocne dyżury przy wejściu do plebanii. Ksiądz Jerzy zaczął wszędzie jeździć z kierowcą. Robotnicy pełnili też funkcje porządkowe podczas Eucharystii w intencji ojczyzny, które odbywały się w każdą ostatnią niedzielę miesiąca. Przyjeżdżały wówczas nieraz dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Od pogrzebu do dnia dzisiejszego panie i panowie ze służby porządkowej pełnią wartę przy grobie księdza Jerzego.
Z kolei służba informacyjna zrodziła się w chwili, gdy napłynęła wiadomość o porwaniu księdza Jerzego i trzeba było zapanować nad przepływem różnych informacji. Na bieżąco drukowano biuletyny i ulotki informacyjne. Później przepisywano przez kalki kazania czy myśli księdza Jerzego i przekazywano je dalej. Z czasem służba informacyjna jeszcze bardziej się sformalizowała, bo trzeba było uporządkować spuściznę po nim oraz zagospodarować to miejsce. Tym bardziej, że pielgrzymi przyjeżdżali praktycznie tuż po pogrzebie do jego grobu – wbrew temu, co przepowiadali komuniści, twierdząc, że gdy go zamordują, to zniknie ich problem. Dla nich problem się nie skończył; wręcz przeciwnie. W książce ze stenogramami z podsłuchów rodzin morderców księdza Jerzego żona jednego z funkcjonariuszy mówi: „Jeszcze z niego świętego zrobią”… Służba informacyjna powstała właśnie po to, by na bieżąco informować pielgrzymów i uporządkować wszystkie te sprawy. A później ci ludzie byli potrzebni w pracy nad gromadzeniem materiału do procesu beatyfikacyjnego na poziomie diecezjalnym.
Nie sposób nie wspomnieć o paniach dyżurnych, które codziennie dbają o grób księdza Jerzego, układają kwiaty przynoszone przez pielgrzymów, wymieniają wodę w wazonach, znicze. To naprawdę ciężka, godna pochwały praca. Podczas uroczystości kościelnych dba o oprawę liturgii służba liturgiczna, a w pogotowiu znajduje się zawsze grupa medyczna. Od 2004 roku przy kościele działa również muzeum, w którym wielu ludzi również bezinteresownie pomaga pielgrzymom zapoznać się z życiem i kultem księdza Jerzego.

Jacy ludzie dzisiaj tworzą służby?

To fenomen na skale światową! Przy grobie Męczennika można spotkać ludzi w różnym wieku; przede wszystkim tych, którzy nieprzerwanie trwają przy księdzu Jerzym niczym pretorianie od 27 lat. Oni stanowią dla mnie otwartą księgę historii! Dowiedziałam się od nich wielu ciekawostek z życia księdza Jerzego, ale również usłyszałam mnóstwo opowieści o przedwojennej Warszawie, o powstaniu warszawskim, o Solidarności. Ta wierność i bezinteresowne poświęcenie, niezależnie od pogody i zdrowia, jest czymś niesłychanym. Możliwość poznania tylu wspaniałych ludzi, którzy nierzadko kosztem swojego życia rodzinnego, prywatnego służą tej wielkiej sprawie, jaką jest kult błogosławionego Jerzego, to dla mnie ogromny zaszczyt. Ja przy nich jestem malutka i mało znacząca, ale oni – to prawdziwi bohaterowie i przykłady wierności…
Jak już wspomniałam, ksiądz Jerzy przyciąga również do siebie nowe osoby. W tym szczególnym miejscu można spotkać ludzi w różnym wieku, różnych zawodów, wykształcenia, wreszcie – z różnych stron Polski! Wierzę, że przy jego grobie nigdy nie zabraknie osób gotowych służyć swoim czasem i sercem. Przy tej okazji zachęcam wszystkich do włączenia się w to wielkie dzieło. Naprawdę warto!

Jakie masz obowiązki w służbie informacyjnej?

Pełnię wraz z innymi tak zwane „dyżury przy grobie księdza Jerzego”, które polegają na tym, że jesteśmy do dyspozycji pielgrzymów. Kiedy przybywają, w grupach bądź indywidualnie, służymy im informacją o życiu księdza Jerzego, o jego nauce i o tym miejscu. Mówimy o łaskach odpustowych, bo nie każdy wie, że przy grobie tego Księdza-Męczennika można uzyskać nawet w zwykłym dniu odpust zupełny na specjalnych warunkach, a trzy dni w roku na warunkach zwykłych. Ważne jest, żeby wizyta pielgrzymów nie była tylko przyjściem do grobu, zrobieniem sobie pamiątkowego zdjęcia na tle różańca z kamieni czy zwiedzeniem muzeum, ale autentycznym przeżyciem.
Przede wszystkim zależy nam, żeby cały czas nauka księdza Jerzego i jego osoba stanowiły źródło wiary, coś, co zachęci do pójścia o krok dalej. Chcemy, aby wizyta przy jego grobie stanowiła przeżycie religijne, a nie tylko atrakcję turystyczną. Jeśli jest otwarte muzeum, to zapraszamy do środka. Czasami z różnych przyczyn grupy nie mają czasu, żeby przejść przez muzeum. Należy wtedy w ciągu dziesięciu minut powiedzieć to, co jest najważniejsze. Trzeba również dostosowywać się do słuchaczy, bo raz przyjadą panie z kółka różańcowego, a innym razem dzieci, dla których lata osiemdziesiąte są historią, tak jak dla mnie II wojna światowa. Przybywają również pielgrzymi zza granicy. Natomiast dla osób starszych owe czasy stanowią część ich życia, więc inaczej potrafią umieścić w realiach historycznych osobę księdza Jerzego. Im także w odpowiedni sposób należy przekazywać słowa tego Kapłana. A to, co mówił i czym żył, równie dobrze można przenieść w 2011 rok.

Co Cię porusza w osobie i nauczaniu ks. Jerzego?

Normalność. Ksiądz Jerzy, parafrazując jego własne słowa, służył Bogu, szukając dróg do ludzkich serc. Był bardzo skromnym i bezpośrednim człowiekiem. Zawsze miał czas dla innych, potrafił słuchać i rozmawiać z każdym – niezależnie od wieku, wykształcenia i wyznania. Mówił o rzeczach ważnych bardzo prostym językiem. Dla niego prawda oznaczała zgodność słów z czynami i tej zasadzie był wierny do końca. Właśnie dlatego tak wielu ludzi skupiał wokół siebie, a przez to przybliżał ich do Chrystusa. Jego słowa głoszone na ambonie miały swoje odzwierciedlenie w postępowaniu. Jak choćby te ostatnie, wypowiedziane publicznie przed śmiercią: „Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.
Tak, ksiądz Jerzy był wolny od nienawiści. Nawet swoich wrogów, oprawców, nazywał „ofiarami zła”. Mówił, że „Życie trzeba przeżyć godnie, bo jest tylko jedno”. Sam właśnie tak je przeżył… Był we wszystkim po prostu autentyczny – i to najbardziej ujmuje. Żyjemy w czasach, w których wszystko poddaje się obróbkom marketingowym, specjalistom od wizerunku. Trudno obecnie się rozeznać, gdzie przebiega granica prawdy, a zaczyna się opakowane w ładny papier kłamstwo. Ksiądz Jerzy jest dla mnie swoistym odniesieniem do prawdy w czystej postaci.

Czy któreś z jego przesłań jest dla Ciebie szczególnie ważne?

Przede wszystkim „testament” księdza Jerzego. Kiedy rozmawiam z pielgrzymami, zawsze mówię o wymowie jego grobu. Okala go kamienny różaniec ułożony w kształcie zarysów granic Polski. Ostatnią modlitwą odmówioną razem z wiernymi 19 października 1984 roku przez bł. Jerzego była część bolesna różańca. Ksiądz w swych rozważaniach różańcowych zawarł najważniejsze wątki poruszane przez lata swej posługi kapłańskiej: godność, wolność, sprawiedliwość, prawdę, męstwo. Tę jego wypowiedź nazywamy jego testamentem, bo w istocie jest to niejako przesłanie i zadanie dla nas.
Mówiąc o księdzu Jerzym, często przypomina się hasło: „Zło dobrem zwyciężaj”. Nie dodaje się refleksji, co to może oznaczać w praktyce. W swych rozważaniach on właśnie uczył, jak należy to czynić! Mówił, że tylko ten może zwyciężać zło, kto sam jest bogaty w dobro i dba o własną godność, pozostając wewnętrznie wolnym. Człowiek musi kierować się sprawiedliwością, aby zachować godność, a sprawiedliwość wypływa z prawdy i miłości. Sprawiedliwość musi iść w parze z miłością, bo bez miłości nie można być w pełni sprawiedliwym. Obowiązkiem chrześcijanina jest stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci. Tylko plewy nic nie kosztują.
W rozważaniach różańcowych ksiądz Jerzy powiedział także piękne i jakże aktualne słowa: „Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju. Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko samo potępienie kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i dla innych”. Dzisiaj, kiedy w wolnej Polsce wiara w Boga i religia są wyszydzane, powinniśmy powtarzać sobie te słowa jak mantrę, aby mieć odwagę bronić naszych praw.

Beatyfikacja księdza Jerzego nastąpiła ponad 25 lat po jego śmierci – czy nie było chwil zwątpienia wśród żoliborskich wolontariuszy?

Nie, nigdy! Działo się tak jak z procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II: Wszyscy od 2 kwietnia 2005 roku, a nawet wcześniej, wiedzieliśmy, że mamy do czynienia ze świętym. Sam finał procesu beatyfikacyjnego stanowił potwierdzenie woli tłumu wiernych wyrażonej w okrzykach „Santo subito!” parę lat wcześniej podczas uroczystości pogrzebowych na placu św. Piotra. Poprzez wyniesienie Jana Pawła II na ołtarze Kościół święty oficjalnie to zaakceptował: „Tak, mieliście rację, to jest święty. Dajemy wam jako przykład jego życie, abyście wiedzieli, że tak przebiega droga do świętości i że warto go naśladować”.
Podobnie było z księdzem Jerzym. Wszyscy, którzy go znali i obcowali z nim, byli przekonani o jego świętości. Zdawali sobie sprawę, że to ktoś wyjątkowy, kto swoim życiem i nauką przyświecał jako wzór dla innych. Oczywiście każdy pragnął potwierdzenia swoich racji – to jest ludzkie. Największym odniesieniem do świętości księdza Jerzego były i są nadal rzesze pielgrzymów, którzy tak licznie nawiedzają kościół żoliborski i grób Męczennika. Przez 27 lat przybyło znacznie ponad 18 milionów wiernych z całego świata. Wielu z nich uprosiło dla siebie lub bliskich liczne łaski. Każde spotkanie z pielgrzymami umacniało w nas tę pewność, że wkrótce już oficjalnie, tj. publicznie, będziemy mogli prosić naszego Patrona o wstawiennictwo. I tak się stało! Nie sposób nie wspomnieć, że najważniejszym pielgrzymem był oczywiście Jan Paweł II, który 14 czerwca 1987 roku przybył do grobu księdza Jerzego. Ucałowawszy na kolanach płytę grobu, długo modlił się w skupieniu. Ten fakt również umocnił w nas wszystkich poczucie świętości życia i śmierci księdza Popiełuszki.

Co czułaś, gdy Twój patron został ogłoszony błogosławionym?

A cóż można czuć? Tak jak wszyscy, odczuwałam ogromną radość, taką prawdziwą, przepełniającą człowieka na wskroś! Dzień 19 grudnia 2009 roku, gdy Ojciec Święty ogłosił dekret, na mocy którego Kościół uznał księdza Jerzego za błogosławionego, oraz dzień 6 czerwca 2010 roku, gdy nastąpiło liturgiczne wyniesienie go do chwały ołtarzy, były jednymi z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających dni w moim życiu! Nigdy nie zapomnę też przygotowań do tych uroczystości. Szczególnie utkwił mi w pamięci moment, gdy na zakończenie jednego ze spotkań na plebanii śp. ksiądz Zygmunt Malacki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, wzruszonym głosem po raz pierwszy wymówił słowa modlitewnego wezwania: „Błogosławiony księże Jerzy…”. A my, równie wzruszeni, odpowiedzieliśmy: „Módl się za nami!”. Tego, co czułam, nie jestem nawet w stanie opisać. To tak, jakby marzenie nagle nabierało realnego kształtu!
Niedzielny, czerwcowy poranek na rozświetlonym słońcem placu Piłsudskiego niósł również w sobie coś niezwykłego. W momencie odsłaniania obrazu beatyfikacyjnego ks. Jerzego po prostu płakałam ze szczęścia jak dziecko!

Nigdy nie spotkałam się z osobą świecką, która pozostawałaby w tak żywej relacji z błogosławionym albo świętym. Dostrzegasz w swoim życiu prowadzenie ręką ks. Jerzego?

Kiedy wypowiadamy słowa Credo, wyznajemy wiarę nie tylko w Boga Ojca, Syna Jego Jedynego, Ducha Świętego, ale również w „świętych obcowanie”. Tyle tylko, że traktujemy często świętych jak biuro podawcze, w którym składamy swoje petycje do Pana Boga. I najczęściej na tym to obcowanie się kończy… Dla mnie obcowanie świętych to po prostu przyjaźń. Tak traktuję swoje relacje m.in. z błogosławionymi Jerzym Popiełuszką i Janem Pawłem II. Czuję ich wsparcie i pomoc każdego dnia. Zawsze, gdy przeżywam jakieś wątpliwości, napotykam jakąś kwestię do rozwiązania, przychodzę na Żoliborz do księdza Jerzego. Pomodlę się, pospaceruję, przemyślę – i wszystko się zaczyna układać. Kiedyś podczas jednego z dyżurów napisałam prawie całą apelację – tak po prostu nagle wszystko zaczęło układać się w logiczną całość!
Ciekawą historię miałam rok temu, kiedy ksiądz Mirosław Ładniak, który szefuje Lubelskiej Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę, w 2010 roku poprosił mnie, żebym przygotowała w związku z beatyfikacją ks. Jerzego rozważania na każdy dzień pielgrzymki. Pragnął, by można je było czytać w grupach i w ten sposób przybliżyć postać Księdza-Męczennika. Powiedziałam: „Ok, przygotuję to”. Ksiądz zaraz zapytał: „A może byś poszła z nami na pielgrzymkę?”. Powiedziałam: „Księże Mirku, gdzież? Przecież to trwa dwa tygodnie, musiałabym wziąć urlop”. Ksiądz ustąpił: „Dobrze, nie nalegam, to przynajmniej napisz rozważania i będziesz miała swój wkład”.
Dwa tygodnie przed terminem pielgrzymki pisałam, pisałam… i w mojej głowie zaczęła kiełkować myśl, że może jednak bym się wybrała. Z drugiej strony konstatowałam, że być może to moja fanaberia, bo gdy pisze się o duchowych rzeczach, odniesienie religijne automatycznie wzrasta. Tłumaczyłam sobie: „Nogi będą mnie boleć… Trzeba liczyć siły na zamiary…”. Jednak ta myśl tak pulsowała we mnie, że jak zwykle w takich sytuacjach poszłam do grobu Męczennika i zapytałam go: „Księże Jerzy, powiedz mi: Czy to jest moja fanaberia, chwilowe wzloty, czy rzeczywiście mam iść?”. Odmówiłam różaniec, spacerując wokół grobu. Pod koniec modlitwy czułam spokój i nie byłam w stanie sobie wyobrazić, żebym mogła NIE iść na tę pielgrzymkę!

I poszłaś do Częstochowy?

Tak! Pielgrzymka okazała się błogosławionym czasem fizycznego zmagania się z wiarą. Oczywiście niosłam w sobie intencje, w których szłam, i w momencie gdy pojawił się kryzys – zmęczenie, ból nóg, stan fizycznego upadku, zaczęły się też podszepty: „Widzisz?! A to dopiero początek! A co będzie, jak dojdziesz, i intencja, w której idziesz, nie spełni się? Będziesz rozczarowana, że tyle się modliłaś w takim trudzie na nic!”. Wyczuwałam, że to jest podszept Złego, i zaczęłam się modlić: „Może mnie boleć wszystko, tylko, Panie Boże, daj mi siłę, żebym przeszła, nie wątpiąc”.
Kiedy pojawił się drugi kryzys i nogi tak mnie bolały, że musiałam przejechać ostatni etap, stało się coś niesamowitego: Już nie przeżywałam zwątpienia, tylko ciekawość. Działo się na zasadzie: Wyruszam z Panem Bogiem w fenomenalną podróż, kontynuuję z Nim przygodę i jestem ciekawa, co będzie dalej! Już nie dopadał mnie strach, że coś się stanie lub nie spełni się rzecz, której oczekuję, tylko byłam ciekawa, co nastąpi dalej… Podobnie podczas drogi jest się ciekawym, co ukaże się za kolejnym pagórkiem. Przeżyłam czas zmagania się ze sobą i poczucia, że dobrze jest nie tylko wtedy, gdy wszystko się układa. Cudownie jest przeżywać wiarę razem ze wspólnotą w doświadczeniu zmęczenia, bólu i innych trudności, które w porównaniu z realnymi problemami życiowymi okazują się prozaiczne.

Zobacz więcej

 

Tags:

Zobacz również

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone *