Wpisz aby wyszukać

Nasza biblioteka

Wierzę w Świętych obcowanie… – wywiad z Moniką Mużacz-Kowal. Część II

Udostępnij

Monika Mużacz-Kowal – ur. w 1978 roku. Radca prawny, absolwentka prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wolontariuszka w sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie.

Ewelina Pitala: Wracając do wolontariatu… Rzadko zdarza się, aby osoby pracujące miały czas na zaangażowanie społeczne. To wymaga bardzo dobrego zorganizowania się.
Cała rzecz w tym, że moja przygoda z wolontariatem zaczęła się jeszcze w Lublinie w 1998 roku od Centrum Duszpasterstwa Młodzieży, Centrum Wolontariatu i Hospicjum Małego Księcia. Zarówno podczas studiów, jak i aplikacji radcowskiej, włączałam się w różne formy wolontariatu, m.in. pomagałam podczas powodzi w 2001 roku na lubelskim Powiślu. Przez pewien czas wraz z przyjaciółmi świadczyliśmy pomoc również czeczeńskim rodzinom mieszkającym w Lublinie. Mama tylko się mnie pytała: „Ale dlaczego ty? Ale zawsze musisz ty? Czy nie ma kogoś innego?”. Odpowiadałam, że przecież nie chodzę i nie wyszukuję sobie tych ludzi na ulicy. Jeżeli Pan Bóg stawia przed nami jakieś zadanie, to trzeba się do tego dostosowywać i odpowiadać; ja tych wezwań na siłę nie szukam. Zresztą muszę uczciwie powiedzieć, że poza tzw. „maminym zrzędzeniem dla zasady” zawsze doświadczałam wsparcia duchowego i materialnego od rodziców! To dzięki ich pomocy mogłam służyć.
Wolontariat był czymś, czego mi brakowało po przeprowadzce do Warszawy. Nie potrafiłam już żyć tylko pracą: praca, dom i własne sprawy! Jeśli ktoś połknie tego „bakcyla”, to po nim… [śmiech]. Nie ukrywam, że dając coś z siebie, dużo otrzymuję w zamian. Zawsze tak jest, że im szczodrzej ofiarujemy siebie, tym więcej dobra do nas wraca. To nie jest tylko slogan. Widzę to chociażby po mojej działalności w hospicjum. Jeździłam wtedy do dziecka, które mieszkało poza Lublinem. Nie posiadałam jeszcze prawa jazdy, więc musiałam zabierać się razem z pielęgniarkami z hospicjum albo korzystać z PKS-u. Jednocześnie studiowałam, pełniłam funkcję radnej w radzie miasta, uczestniczyłam w różnych inicjatywach w Centrum Duszpasterstwa Młodzieży. Mimo tak wielu obowiązków właśnie wtedy wszystkiemu mogłam podołać: Doba zdawała się rozszerzać na niewiadomą liczbę godzin!
Tak naprawdę służba drugiemu człowiekowi stanowi bardzo ciekawą drogę poznawania Boga. Dzięki różnym formom pomocy innym teraz z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że to lubelski wolontariat nadał sens mojej młodości…

Można powiedzieć, że na Twojej drodze stanęło aż dwóch błogosławionych, bo nie dość, że urodziłaś się w tym samym dniu co ks. Jerzy, to jeszcze w roku, w którym Polak został papieżem… Często ludzie urodzeni w 1978 roku czują szczególną więź z bł. Janem Pawłem II i wskazują na ogromną siłę oddziaływania jego słów na ich życie. U Ciebie też tak jest?

Fakt, mam to szczęście, że jestem rocznikiem ’78 i należę do osób z pokolenia, które zostało wychowane przez Papieża Polaka. Praktycznie całe moje życie było wzrastaniem z Janem Pawłem II. To właśnie on od samego początku wbijał nam do głowy i uparcie powtarzał, że Chrystus to przyjaciel, przyjaciel wymagający. Pamiętam, jak pięknie to ujął na Tor Vergata w 2000 roku à propos fragmentu Ewangelii, w którym Jezus zadał pytanie Apostołom: «Czy i wy chcecie odejść?», a apostoł Piotr odpowiedział: «Panie, dokąd pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego». Ojciec Święty mówił, że Chrystus nawet w tym zakresie jest wymagający i woli, żeby uczniowie raczej Go opuścili, niżby chcieli, by On poszedł na ustępstwa. Papież tłumaczył nam, że Chrystus jest przyjacielem wiernym, który nigdy nas nie porzuci i nie zawiedzie: „Mówiąc «tak» Chrystusowi, mówicie «tak» wszystkim swoim najszlachetniejszym ideałom”.
Ojciec Święty ukierunkowywał nas na kwestie wiary w życiu codziennym: „Chrystus was potrzebuje, nie tylko w kościele, ale także w społeczeństwach, w których żyjecie. On chce, żebyście świadczyli o Nim”. Wcześniej w Koloseum przedstawiono świadków wiary – męczenników. Jan Paweł II powiedział wówczas: „Od was być może nie będzie się wymagać męczeństwa krwi, ale wierności Chrystusowi na pewno tak”. Za każdym razem, gdy staję przed grobem bł. Jerzego, te słowa Papieża dźwięczą mi w uszach, podobnie jak inne: „Tylko Chrystus może dać wam pełną radość! Jeśli pójdziecie gdzieś bez Chrystusa, to wrócicie później zasmuceni, bo przyjdą zawody. To, co wypełnia wasze życie, zawiedzie was! Tylko Chrystus was nie zawiedzie!”. Ksiądz Jerzy i Jan Paweł II żyli w głębokiej przyjaźni z Chrystusem – to dlatego doszli do świętości!

Możesz podać przykłady wierności Chrystusowi w przełożeniu na codzienność?
Zacznijmy od tego, że często zapominamy o tym, iż Pan Jezus znajduje się nie tylko w tabernakulum w kościele. Po wyjściu ze świątyni On dalej mi towarzyszy, nie przenosi się w żadne abstrakcyjne miejsce. Nawet jeśli ja się od Niego oddalę, to On i tak będzie dyskretnie chodzić za mną krok w krok. Trzeba mieć to na uwadze i zaprosić Go do swojego codziennego życia, do każdej czynności: do pracy, do sprzątania mieszkania, do rozmów przy kawie, do tańca na dyskotece…
Łatwo być wiernym Chrystusowi w czterech ścianach, gdy okoliczności nie wymagają od nas niczego poza pamięcią o Nim i dobrym myśleniem nawet o osobach, od których doznaliśmy czegoś złego. Ale kiedy staje się wobec żywych ludzi, jest o wiele trudniej. Trzeba wówczas trzymać swój język na uwięzi i wciąż zastanawiać się, czy nie sprawia się komuś przykrości. Należy również dostrzec drugiego człowieka, nawet gdy jest się zmęczonym. Wiem to po sobie: Często walczę ze sobą np. w tramwaju, gdy siedząc, zmagam się z pokusą, by tępo patrzeć w szybę i przypadkiem nie dostrzec, że wsiadł starszy człowiek. To są realne pokusy, bo nieraz po całym dniu naprawdę odczuwa się wielkie zmęczenie… Ale trzeba mieć na uwadze, że osobie starszej trudniej jest niż mnie przejechać choćby jeden kilometr na stojąco.
W życiu zawodowym też należy traktować każdego człowieka z szacunkiem, nawet jeśli ten ktoś nas bardzo drażni. Na sali sądowej nie mogę swojego przeciwnika wdeptać w ziemię, poniżać, poniewierać, nie tylko ze względu na kodeks etyki radcowskiej, ale przede wszystkim z powodu obecności Chrystusa. Nie można traktować wierności Panu Jezusowi w sposób wybiórczy: Coś sobie „z koszyczka” od Niego wybiorę, a coś zostawię na później, bo akurat teraz „ta czekoladka” mi nie smakuje. Trzeba być Mu wiernym we wszystkim, co się robi. Wierność zaczyna się od rzeczy drobnych, np. gdy idę do restauracji, to przed posiłkiem czynię znak krzyża. Gdybym w ten sposób postępowała tylko wśród wierzących znajomych bądź tylko u siebie w domu, byłaby to hipokryzja. Albo się Panu Bogu dziękuje za chleb powszedni, który się otrzymuje, albo się tego wcale nie czyni! Przechodząc obok kościoła, też czynię znak krzyża, bo tam jest Bóg, w którego wierzę. Nie wstydzę się tego. Uważam, że mamy święte prawo do tego, żeby być chrześcijanami we własnym kraju, bo jeżeli panuje wolność wyznania, to czego mamy się wstydzić? Niech się zawstydzą ci, którzy przekazują oznaki dezaprobaty w naszym kierunku. Oczywiście bycie chrześcijaninem nie polega tylko na znakach zewnętrznych, ale one też stanowią formę ewangelizacji, dawania świadectwa w świecie, do którego jesteśmy posłani.
Przez rok mieszkałam drzwi w drzwi z dziewczyną z Francji, która zawarła kontrakt z jedną z firm w Polsce. Była niewierząca, a jej towarzystwo też znajdowało się daleko od Pana Boga. W soboty przed wyjściem do klubu często urządzała u siebie „przedstartowe imprezy”. Z racji tego, że nasze ściany były bardzo nośne, zawsze zapraszała mnie do siebie. W czasie Wielkiego Postu mówiłam: „Ok, możemy posiedzieć, ale ja nie piję alkoholu i nie pójdę z wami do klubu”. Wytłumaczyłam jej, że właśnie trwa czterdzieści dni świętych dla mnie, a fakt, że w tym czasie nie piję alkoholu, stanowi moje osobiste zobowiązanie. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy przyjęli to z szacunkiem. Takie proste świadectwa też czasami mają znaczenie.

Naprawdę nie masz obaw, że zostaniesz posądzona o nadgorliwość religijną?

Nie czuję się dewotką, jeśli o to Ci chodzi. Staram się po prostu żyć zgodnie ze swoim sumieniem. Moja religijność ma swoje źródło w wierze, a nie na odwrót. Jeśli ktoś wyśmiewa się ze mnie, z moich religijnych praktyk czy poglądów, to trudno. Taka jest moja cena wierności Chrystusowi. W porównaniu z bł. księdzem Jerzym czy bł. Janem Pawłem II i tak nie jest wygórowana…

Młodzi Polacy w odróżnieniu od Twojego pokolenia nie mają osoby, która z taką charyzmą jak Jan Paweł II przekonywałaby ich do zaufania Chrystusowi. Mówi się, że młodzi odchodzą od Kościoła. Zgadzasz się z tym?

Ludzi młodych z każdej strony atakuje wolność podpowiadająca, że wszystko wolno. Hedonizm nakłania do zaspokajania wszystkich żądz w przekonaniu, że to dla nas najlepsze, bez oparcia na wartościach chrześcijańskich. Wbrew pozorom Kościół katolicki współcześnie jest nadal spychany na margines społeczeństwa. W PRL-u im usilniej oficjalna władza państwowa atakowała Kościół, tym bardziej społeczeństwo stawało po jego stronie. W chwili obecnej jest natomiast tak, że niektórzy uważają się za katolików, choćby politycy, a postępują zgodnie z nauką Kościoła tylko w sytuacjach, w których im to odpowiada. Skutkiem takich zachowań epatowanie wiarą podlega coraz bardziej wyśmianiu. W pewnym momencie Kościół może stać się dla młodych passé. Młodzi ludzie nie lubią tzw. „ściemy”.
Ja osobiście jednak staram się bardziej zauważać pozytywne aspekty wiary niż jej zagrożenia. Obserwując kościoły warszawskie, zwróciłam uwagę, że na Mszach w dniu powszednim jest sporo ludzi, i to nie tylko starszych, ale też młodych. Szczególnie w kościołach znajdujących się w centrum miasta. Ktoś jadąc do pracy, przy okazji „zahacza” o poranną Eucharystię… Nie lubię twierdzenia, że Kościół przeżywa kryzys, ludzie odchodzą od wiary, a młodzież w ogóle jest „na bakier” z religią. Katolickie świątynie wcale nie świecą pustkami. Na przykład w kościele pw. Wszystkich Świętych w Warszawie Msze poranne są sprawowane o 6.30, 7.00, 7.30, 8.00 i 9.00. Bywałam tam w różnych godzinach w dniu powszednim i widziałam, że w każdej Eucharystii uczestniczy grupa ludzi w wieku tzw. „produkcyjnym”. Widać eleganckie panie w garsonkach, panów w garniturach z teczkami oraz młode osoby z plecakami. Nie jest prawdą, że ludzie dobrze sytuowani w społeczeństwie nie pamiętają o Bogu. Wiele osób potrzebuje Go w życiu codziennym.
Gdyby rzeczywiście młodzi znajdowali się daleko od Kościoła, przecież nie rozwijałby się na tak szeroką skalę wolontariat. Oczywiście nie twierdzę, że każdy wolontariusz to człowiek wierzący. Mimo wszystko w inicjatywach organizowanych bądź wspieranych przez Kościół uczestniczy bardzo duża rzesza ludzi, którzy w większości swoją inspirację do bezinteresownej pracy na rzecz innych czerpią z wiary w Pana Boga. Często również ich udział w życiu społecznym jest determinowany właśnie wiarą, służbą drugiemu człowiekowi.

Jak wygląda Twoja modlitwa?

To bardzo intymne pytanie! Powiem tak: Dla mnie modlitwa jest rozmową. Czasami wydaje się co prawda monologiem z mojej strony, ale odpowiedź Pana Boga przychodzi zawsze, choć czasem trzeba na nią poczekać. Bywa, że męczą mnie wyuczone modlitwy. Na przykład rano jedyne, co jestem w stanie zrobić tuż po przebudzeniu, to znak krzyża. Próbowałam odmawiać pacierz poranny, ale stwierdziłam, że w momencie gdy się budzę, machinalne, półprzytomne odklepywanie jakiejś modlitwy kompletnie nie ma sensu. Zaprzestałam tego. Najpierw muszę się obudzić, wypić kawę, wybudzić.
Nie licząc znaku krzyża, pierwsze słowa do Pana Boga kieruję najczęściej w tramwaju. Zwykle są to luźne myśli o tym, co się będzie działo danego dnia, albo zachwycenie się, że jest piękne słońce… Kieruję pochwałę w stronę Pana Boga: „Aleś Ty to fajnie wymyślił!”. Kiedy mogę, staram się o 6.30 uczestniczyć we Mszy Świętej. Wtedy już w pełni rozbudzona, mogę ustalić z Bogiem plan na nadchodzący dzień. Natomiast gdy z samego rana nie mogę pójść na Eucharystię, w pracy siadam i na spokojnie, korzystając np. z internetu, odmawiam liturgię godzin. Ważne jest, by modlitwę wplatać w codzienne czynności – chociażby idąc gdzieś, w myślach powtarzać: „Jezu, ufam Tobie!”. Niekiedy czekając na korytarzu sądowym na rozprawy, odmawiam np. dziesiątek różańca. Modląc się, czuję, że rozmawiam z kimś bardzo bliskim, z kimś, dla kogo jestem ważna. Jak już wspomniałam, Pan Bóg jest z nami 24 godziny na dobę, więc właściwie całe nasze życie powinno być modlitwą…

Nie jest łatwo dialogować z Panem Bogiem przez Pismo Święte… Ktoś powiedział, że to jedyna książka nie do przeczytania, tylko do czytania. Co Ty odkrywasz, zagłębiając się choćby w Ewangelię?

Między innymi to, że Ewangelia wyraźnie pokazuje, iż nasz Bóg nie tylko patrzy z nieba, ale jest Bogiem, który stając się ciałem, od samego początku uczestniczył we wszystkich naszych czynnościach. Pan Jezus znał nawet nasze emocje, choćby stan wzburzenia, wręcz furii – przecież zdenerwował się na handlarzy w świątyni jerozolimskiej i przepędził ich bardzo gwałtownie… Mógł przecież spokojnie powiedzieć: „Panowie, usuńcie się z tego miejsca, bo to jest dom mojego Ojca”.

Masz na myśli to, że Pan Jezus jest „ludzki” w swoim zachowaniu?

Tak, widać to również w jednym z moich ulubionych fragmentów Ewangelii. Jezus przyszedł do swoich przyjaciół w Betanii, bo dowiedział się, że Łazarz umarł. Z jednej strony zwlekał, bo coś jeszcze miał do załatwienia, a gdy w końcu przyszedł, okazało się, że Łazarz już od kilku dni leży w grobie. Rozmawiając z Martą, powiedział: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem! Wierzysz w to?». Zadał pytanie: «Wierzysz w to?». Nie nakazał jej: „Wierz w to!”, tylko zapytał, czy wierzy – pozostawił jej wolny wybór. Później udał się do grobu Łazarza i widząc płaczący tłum i Marię, sam wzruszył się, rozrzewnił i zapłakał. Nie jestem teologiem, ale dla mnie ten fragment pokazuje, że On jest w stanie zrozumieć każdą chwilę naszego życia, bo sam był w różnych sytuacjach. Kiedy przeżywamy śmierć kogoś bliskiego, uświadamiamy sobie, iż Jezus takie sytuacje również napotykał. On przecież przeżył śmierć Józefa. O tym Ewangelia milczy, ale przypuszczam, że był w tym element ludzki, bo przecież Józef dla Jezusa był jak prawdziwy ojciec – opiekował się Jego Matką i wychowywał Jego samego.
Z kolei bawiąc się na weselu w Kanie Galilejskiej, Jezus pokazał, że nie unikał spotkań towarzyskich czy rodzinnych. Przeżył od samego początku do samego końca życie jako Bóg-Człowiek. Ksiądz Jerzy Popiełuszko jest mi bliski również z tego właśnie powodu, że nie stronił od ludzi, wręcz przeciwnie – był zawsze dla ludzi. Posiadał wielu przyjaciół, z którymi się spotykał przy kawie, na wakacjach. Dzięki tym relacjom, jako kapłan lepiej rozumiał troski zwykłego człowieka.

Czy łatwo być człowiekiem wiary?

Cóż, poziom wiary, przynajmniej w moim przypadku, cały czas jest mobilny. Przy każdym następnym wydarzeniu człowiekowi wydaje się, że to, co rozegrało się wcześniej, jest niczym w porównaniu z tym, co dzieje się w chwili obecnej. Następnie wraca się do normalności, bo nie można ciągle utrzymywać się na high level. Mój spowiednik pokazał mi, że nasze życie to sinusoida. Gdy przychodząc do spowiedzi, spostrzegam mało grzechów i jest mi dobrze z Panem Bogiem, a modlitwa układa się fenomenalnie w dialog, wówczas ksiądz mi mówi: „Super, tylko pamiętaj, że to jest naładowanie twoich baterii, twojego akumulatora. Sinusoida zawsze musi zejść w dół. Gdy upadniesz, to właśnie ten ładunek będzie po to, żeby ci pomóc wyjść z dołka z powrotem na górę”. To faktycznie się sprawdza: Raz jest lepiej, a raz gorzej. Zresztą nie można raz na zawsze siebie określić: „Jestem człowiekiem wiary”, bo upadki są wpisane w naturę ludzką. Tylko zawsze pojawia się pytanie: Czy się z nich podnosimy? Mówi się: Ludzką rzeczą jest upaść, szatańską – trwać w upadku, a Boską – podnieść się z upadku.

Masz stałego spowiednika?

Tak, od wielu lat, i myślę, że to ogromne ułatwienie: Nie trzeba w czasie każdej spowiedzi wszystkiego od początku opowiadać. To jest tak jak z lekarzem, który zna całą historię choroby i wystarczy, że przejrzy kartę. A kiedy pokaże się ostatnie wyniki badań, czyli ostatnie grzechy, to on, już znając całą historię, widzi, czy jest postęp, czy też się cofamy i choroba postępuje. Czasami jest tak, że ksiądz mi mówi: „Powiedz, co ci się udało w tym miesiącu zrobić dobrego. Żebyś miała odniesienie, że nie tylko w życiu popełnia się zło, ale też dobro”. Dzięki temu umiem zbilansować, czy zło, które czynię, nie przekracza ilości dobra. To również pomaga w zrozumieniu samego siebie, pogłębieniu wiary, uświadomieniu sobie, czym jest przebaczenie Pana Jezusa i jaki komfort daje częsta spowiedź. Kiedy pali się świeża świeczka, to daje duży płomień, a im dłużej się pali, tym bardziej światełko, choć się utrzymuje, staje się coraz mniej widoczne. Jeżeli nie wymieni się wkładu w tej świeczce, może być kiepsko, bo trudno jest poruszać się w ciemności. Ze mną dzieje się tak samo, gdy zbliża się koniec miesiąca. Spowiedź to dobry powód do zatrzymania się i regularnego posprzątania swojego wnętrza.

Wyobrażasz sobie swoje życie bez wiary?

Właśnie czasami, gdy spotykam ludzi niewierzących, zastanawiam się, jak by wyglądało moje życie bez Boga. Po prostu nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić! Może to dlatego, że po prostu kocham mojego Boga, tak zwyczajnie! Wiem, że dzisiaj słowa „miłość”, „kocham” spowszedniały, ale ja wierzę w Boga, bo Go kocham i wiem, że jestem kochana. Prawda jest taka, że można wierzyć w amulety i taroty, ale w pewnym momencie człowiek, który nie ma wiary w Chrystusa, zostaje sam jak palec, rozczarowany.
Podzielę się osobistym przykładem: Piętnaście lat temu, jako młoda dziewczyna, przeżyłam trudny czas – nazwijmy to „letniości w wierze”. Chodziłam na niedzielne Msze Święte, ale raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby. I nagle trafiłam dosłownie last minute na stół operacyjny. Kiedy potem leżałam w szpitalu po operacji, modliłam się: „Panie Jezu, wiem już, że Ty mnie nigdy nie opuścisz, ale nie pozwól, żebym ja Ciebie opuściła”. Pan Bóg rozpatrzył moje podanie pozytywnie, bo jest mi po prostu dobrze z Nim w Kościele powszechnym! Owszem, bywają czasy pustyni, kiedy brakuje mi wrażenia, że Pan Bóg prowadzi mnie za rękę, ale nawet wtedy mam poczucie, że On jest. Moja wiara w to graniczy z pewnością, jaką nabędziemy dopiero po drugiej stronie życia. Zawdzięczam ją w dużej mierze moim błogosławionym patronom: Jerzemu Popiełuszce i Janowi Pawłowi II. Dlatego naprawdę „wierzę w świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie i życie wieczne. Amen”.

Zobacz więcej

 

Tags:

Zobacz również

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone *