Wpisz aby wyszukać

Nasza biblioteka

Nie mam dobrego serduszka – Janina Ochojska. Część I

Udostępnij

JANINA OCHOJSKA – urodzona w 1955 r. w Gdańsku. Z wykształcenia astronom. W czasie studiów w Toruniu należała do Duszpasterstwa Akademickiego oo. Jezuitów i angażowała się w działalność opozycyjną, przyczyniając się mi.in. do powstania toruńskiego oddziału NSZZ „Solidarność”. Jedna z założycielek polskiego oddziału Fundacji „EquiLibre”. W 1992 r. zorganizowała pierwszy konwój z Polski, z pomocą dla byłej Jugosławii. W 1994 r. założyła Polską Akcję Humanitarną, w której pełni funkcję prezesa. Otrzymała wiele odznaczeń i nagród, zarówno w Polsce, jak i zagranicą, m.in.: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Order Ecce Homo, Tytuł Kobiety Europy (1994), Nagrodę Pax Christi International Peace Award, Medal św. Jerzego. W gronie przyjaciół i działaczy humanitarnych znana jako Janka.

POWŚCIĄGLIWIE

Jako dziecko zachorowałam na polio, tj. na chorobę Heinego-Medina, skutkiem czego stałam się niepełnosprawna. W konsekwencji wychowywałam się głównie w szpitalach i sanatoriach, i było to wychowanie świeckie. W domu również nie było wyjątkowo religijnej atmosfery. Moja babcia i rodzice byli wierzący, ale nie przywiązywali wielkiej wagi do spraw religii, od czasu do czasu chodzili w niedzielę do kościoła.
Do Pierwszej Komunii Świętej poszłam późno – dopiero w piątej klasie szkoły podstawowej. Stało się tak ze względu na moje ciągłe pobyty w ośrodkach leczniczych. Nie miałam szczególnych religijnych przeżyć związanych z przyjęciem tego sakramentu. Może dlatego, że religii uczyłam się szybko, żeby można było mnie już dopuścić do Komunii. Nie chodziłam na katechezę, uczyłam się jedynie wyznaczonego mi materiału. Sama uroczystość była dla mnie raczej przykrym doświadczeniem, ponieważ oddzielono mnie od innych dzieci ze względu na moją niepełnosprawność. Byłam w kościele ze wszystkimi, ale siedziałam za barierką, koło prezbiterium, nie mogłam więc wziąć udziału w całej ceremonii tak, jak inne dzieci. W efekcie tego zdarzenia, miałam przez następne parę lat dystans do religii. Już jako nastolatka znalazłam się w sanatorium w Świebodzinie, które mieściło się w starym poklasztornym budynku.W stołówce w niedziele odbywały się msze, ale ja w nich nie uczestniczyłam. Nie byłam ateistką, jednak w tym okresie ani religia, ani Pan Bóg nie byli dla mnie ważni.

ZWROT

Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy trafiłam na studia. To był palec boży, że znalazłam się akurat w Toruniu. Zaczęło się od zawarcia znajomości z Madzią, którą poznałam w Świebodzinie i z którą przyjaźnię się do dzisiaj. Mieszkałyśmy razem w jednym pokoju. Ona chodziła na msze, była z rodziny wierzącej. Wtedy nie miało to jeszcze na mnie większego wpływu, bardzo się jednak zaprzyjaźniłyśmy.
Jako trzynastolatka przeczytałam “Obrazy nieba” Gadomskiego i postanowiłam być astronomem. Po maturze mama chciała, żebym studiowała w Krakowie, ale działo się to rok po przeprowadzeniu w tym mieście pewnego eksperymentu (przyjęto na studia wszystkich kandydatów i dopiero na pierwszym roku część z nich odsiewano), w związku z tym nie było miejsc w akademikach. W tej sytuacji mama Madzi namówiła mnie, żebym zdawała egzaminy do Torunia, skąd obie pochodziły. Dostałam się na astronomię. W tym samym czasie zmarł dziadek Madzi. Zamieszkałyśmy w mieszkaniu po nim – razem z Madzią, która dostała się na polonistykę, i z jeszcze jedną koleżanką, która studiowała matematykę.
Zanim rozpoczęły się zajęcia na uczelni, na wykładach z fizyki ogólnej pewien chłopak rozdawał deklaracje wstąpienia do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Byłam wychowana w przekonaniu, że jeśli jest się studentem, trzeba zapisać się do Związku, że to jest normalne. Ale wtedy zabrakło dla mnie deklaracji. W tym samym tygodniu Madzia zaprowadziła mnie do Duszpasterstwa Akademickiego Jezuitów, gdzie dowiedziałam się, że nie należy wstępować do ZMSP. Teraz, gdy się nad tym zastanawiam, myślę, że anioł i diabeł stoczyli walkę o moją duszę. Znalazłam się po drugiej stronie i trafiłam razem z Madzią do Duszpasterstwa Akademickiego.

UGRUNTOWANIE

Duszpasterstwo było miejscem, którego od dawna potrzebowałam, choć nie byłam tego wcześniej świadoma. Potrzebowałam środowiska, w którym mogłabym rozmawiać z ludźmi na tematy filozoficzne, światopoglądowe, ponieważ tak naprawdę nie miałam żadnego światopoglądu, byłam taką „białą kartą”. A – jak się okazało – potrzeba znalezienia sobie miejsca, przemyślenia, przedyskutowania wszystkiego i dokonania świadomego wyboru była we mnie bardzo silna.
W środowisko duszpasterstwa weszłam z ogromną łatwością. Nikt w tej grupie nie namawiał mnie, abym stała się wierząca. Do mnie Pan Bóg dotarł przez poznanie, wiara pojawiła się dopiero po tym fakcie. Znam siebie na tyle, że wiem, że w moim przypadku trudno byłoby inaczej. Jestem osobą dla której Pan Bóg jest Bogiem intelektualnym (być może wpłynęło na to wychowanie jezuitów), ja w Niego wierzę, ale to nie jest wiara w jakiś niebyt. Poznałam Jego naturę w sposób możliwy dla naszego poznania.

TAJEMNICA PRAPOCZĄTKU

Pan Bóg jest dla mnie Panem Bogiem wszechświata. Uważam, że Bóg jest w nas i my jesteśmy tacy jak wszechświat: ograniczeni, ale też w pewien sposób nieskończeni. Bóg nie jest wszechświatem, Bóg w nim tylko jest. Słyszę czasem o dyskusjach, czy to Pan Bóg stworzył planety, czy też one same się stworzyły. Znam ten mechanizm, jestem astronomem. Wiem też, że gdzieś był ten początek i nawet w astronomii, tej, która ma obecnie naprawdę niezwykłe możliwości poznawania wszechświata, zatrzymujemy się w miejscu za którym jest tajemnica. Ta tajemnica jest u prapoczątku. Muszę powiedzieć, że zetknięcie z astronomią w jakiś sposób pomagało mi pojąć Pana Boga, zrozumieć Jego naturę i zafascynować się Nim. Bóg jest mi bardzo bliski, co nie znaczy, że ja jestem szczególnie religijna. Chodzę co niedzielę do kościoła (mam taką potrzebę) i modlę się, ale nie chodzę na majówki, różańce, nie jestem religijna w zewnętrznym wyrazie. Pewnie bierze się to stąd, że życie jakie prowadzę wyznacza mi inny rytm.

WYJĄTKOWY DAR

Obraz Boga zmienia się na przestrzeni lat, bo stajemy się bardziej dojrzałymi ludźmi, mamy większy bagaż doświadczeń. Z czasem nasze poznanie, doświadczenie jest głębsze. Na pewno miałam inną wizję Boga w czasach, kiedy byłam studentką, a inną mam teraz; na ten obraz niewątpliwie wpłynęła moja praca. Zawsze jednak Pan Bóg był i nadal jest dla mnie dobrem.
Jestem przekonana, że Bóg doświadcza nas tylko i wyłącznie dobrymi rzeczami. Moja choroba – bycie osobą niepełnosprawną – nie jest niczym przyjemnym, zwłaszcza teraz. Jestem w takim wieku, że kolano, biodro, łokieć zaczynają mnie już boleć na skutek przeciążeń. Uważam jednak, że jeśli spotyka nas coś trudnego, jest to darem, który otrzymujemy w jakimś określonym celu. Gdyby nie fakt, że zachorowałam na polio, nie byłoby dobra, które możemy wspólnie czynić – nie byłoby PAH-u. Jest to moja droga życiowa. Jeśli człowiek potrafi obejrzeć się za siebie, obojętne, czy jest wierzący czy nie – widzi sens i ciąg swojego życia, wszystko, co po sobie następuje. Sens mojego życia wyraża się w fakcie, że dzisiaj jestem szczęśliwa, robię coś, co lubię, mam wokół siebie ludzi, z którymi łączy mnie wspólny cel. Czuję się szczególnie obdarowana. Nie można sobie wybrać, że jedna rzecz w życiu była darem, a inna już nie. Całe nasze życie i wszystko, co nas w nim spotyka zostaje nam podarowane i ma swój sens, nawet jeśli trudno nam to zrozumieć. Człowiek, którego spotyka cierpienie, myśli, że Pan Bóg go karze, co jest bezsensowne. Inni mówią, że takie jest życie, jeszcze inni, że życie jest złe albo świat jest zły. Życie nie jest złe, życie jest dobre, świat również nie jest zły, to my czynimy go złym.
Nie zawsze traktowałam niepełnosprawność jako dar, ale teraz potrafię ją docenić. Nauczyli mnie tego ludzie, którzy mnie otaczali i wychowywali. Dziś wiem, że jeżeli coś przyjmujemy jako dar, zawsze wyniknie z tego dobro. Trudno oczywiście mówić, że czyjeś cierpienie jest darem. Może to powiedzieć tylko osoba, która tego cierpienia sama doświadcza i od niej samej zależy, czy będzie odbierała swój krzyż jako dar czy nie. Miałam szczęście, że byłam wychowanką Świebodzina, spędziłam tam wiele lat, w ważnym okresie mojego życia, gdy byłam nastolatką. Dyrektor ośrodka mówił nam, że z powodu tego, co nas spotkało, można całe życie przepłakać, tylko w niczym nam to nie pomoże. Możemy jednak przyjąć nasze nieszczęście jako dar i wtedy przestanie ono być dla nas takie ciężkie. Z takiej perspektywy okaże się, że operacje, rehabilitacja, trudności w poruszaniu się – męczą nas może fizycznie, ale już nie psychicznie.

NIE PYTAĆ „DLACZEGO”

Uważam, że cierpienie jest nam dane po to, abyśmy zastanowili się nad naszym człowieczeństwem. To nie Pan Bóg zsyła na nas cierpienie, często zadajemy je sobie sami. Zastanawiamy się – dlaczego ja? Dlaczego Pan Bóg sprawił, że ktoś ma raka? Według mnie pytanie „dlaczego” nie ma sensu. Równie dobrze można zapytać – a dlaczego nie ja?
Na pytanie „dlaczego” nie ma odpowiedzi. Tego pytania człowiek nie powinien sobie zadawać. Oczywiście można próbować, ale będzie to wywoływać dodatkowe frustracje. Lepiej zastanowić się, jak można wykorzystać ten dziwny dar cierpienia.
Nie mam odwagi odnosić swojego cierpienia do cierpienia Chrystusa. To jest kompletnie coś innego. Chrystus cierpiał za nas, ja nie cierpię za nikogo, więc nie miałabym odwagi z Nim się porównywać. Jedyne, co mogę zrobić, to próbować odkryć, jak wykorzystać własny ból do zrobienia czegoś dobrego dla siebie, dla innych. Zawsze tak robiłam. Na przykład, gdy przeszłam bardzo ciężką operację we Francji, darem był dla mnie już sam fakt, że mogłam do Francji na tę operację pojechać. Był to dla mnie wprawdzie bardzo trudny, bolesny okres, ale dzięki niemu żyję, chodzę… A dzięki temu, że żyję i chodzę, mogę pomagać wielu ludziom. Jeśli jednak musiałabym porównać ludzkie cierpienie do cierpienia Jezusa, wolę podkreślić konieczność brania z Chrystusa przykładu w niesieniu pomocy innym.

SŁUŻBA ZAMIAST UCIECZKI W MODLITWĘ

W człowieczeństwie bardzo ważne według mnie są odpowiedzialność i służba. Jestem chrześcijanką, więc pewne wartości obowiązują mnie nie tylko od święta. Bycie chrześcijaninem to bardzo trudne zadanie, to odpowiedzialność za wszystko, co robimy, bo chrześcijaństwo wyraża się w czynach. Odpowiedzialność i służba drugiemu człowiekowi są bardzo ważne, bo przez pomoc drugiemu człowiekowi, służymy Panu Bogu. Według mnie taka właśnie powinna być hierarchia – należy oddawać cześć Bogu przez udzielanie wsparcia człowiekowi.
Modlitwa jest bardzo ważna, ale kapłan służący Panu Bogu nie powinien również zapominać o ludziach. Ksiądz ma pomagać im w budowaniu w sobie obecności Boga i w rozwijaniu umiejętności komunikowania z Nim. Gdyby służył Bogu jedynie paląc kadzidła, modląc się i zajmując się tylko samym Panem Bogiem, moim zdaniem nie postępowałby dobrze. Pan Bóg nie potrzebuje nas do tego, żebyśmy się tylko modlili. Ktoś mógłby zapytać – po co w takim razie zakony kontemplacyjne? Według mnie to bardzo specyficzne powołanie i nie każdy je otrzymuje. Człowiek, który je otrzymuje i potrafi w sobie rozpoznać, rozwijając je może zrobić bardzo dużo dobrego siłą swojej modlitwy. Jestem pewna, że świat jest dzięki temu o wiele lepszy. Ale to robią tylko wybrani ludzie, wybrani w pewnym sensie przez samych siebie, przez fakt, że odkryli w sobie to powołanie.
Trzeba mieć w sobie gotowość do pomocy, solidność, wrażliwość. Wrażliwość jednak nie może być za duża. Niektórzy mają tak dobre serce, że swoją pomocą potrafią innych wręcz unieszczęśliwić. Wrażliwość jest potrzebna, aby dostrzec pewne problemy i pomóc innym je rozwiązać. Nie lubię, gdy ktoś mówi – „O, pani ma takie dobre serduszko!”. Nie mam dobrego serduszka, po prostu staram się mądrze pomagać.

NIE PODDAĆ SIĘ

Kilkanaście lat temu wyszłam za mąż, ale mój mąż mnie opuścił. Związał się z inną kobietą. Kiedyś było mi trudno o tym rozmawiać… Jestem osoba wierzącą, mamy ślub kościelny i on zawsze będzie dla mnie moim mężem. Noszę dwie obrączki na jednym palcu. To jest w pewnym sensie najważniejsze wydarzenie w moim życiu, bo naznaczyło mnie już na zawsze… Jest mi bardzo trudno poradzić sobie psychicznie z porzuceniem. Ale to nie może determinować mojego życia. Nie chcę cały czas być nieszczęśliwa, siedzieć i płakać. Fakt, nie mam życia rodzinnego. Gdybym mogła odwrócić czas, na pewno zrobiłabym wszystko, żeby uratować moje małżeństwo, dziś jednak nic już nie mogę zrobić. Nie zmienię tej sytuacji. Mogę jedynie prowadzić życie, w którym będę robiła coś sensownego, zamiast analizować swoje nieszczęście, co nie pomogłoby ani mi, ani nikomu innemu. Nie opowiadam o swym małżeństwie w żadnych kolorowych pisemkach. Uznałam, że nie mogę udawać, że wszystko jest dobrze, ale nie zamierzam tego roztrząsać – to świadectwo jest dla mnie chwilą, w której chcę powiedzieć prawdę, ale bez ujawniania szczegółów. Może pomoże to osobom, które spotkał podobny los i nie wiedzą, jak mają teraz ułożyć sobie życie. Chciałabym, aby uwierzyli, że życie na tym się nie kończy. Nawet w najbardziej udanym związku, każdy jest wolnym człowiekiem i wolność musi dać też ukochanej osobie. W związkach na całe życie, obowiązuje ta sama reguła, małżeństwo nie może zniewalać. Mój mąż jest wolnym człowiekiem, nie mogę stać przy nim cały czas i prosić, by wrócił.

NIIEZBĘDNE WYPOSAŻENIE

Z Panem Bogiem mam kontakt na co dzień. I zawsze Mu dziękuję, nigdy Go o nic nie proszę. Po obejrzeniu filmu „Przełamując fale” doszłam do wniosku, że nie powinniśmy Pana Boga o nic prosić. Ten, kto postępuje inaczej ma moim zdaniem ogromną odwagę, dlatego, że Pan Bóg słucha naszych próśb i spełnia je, niestety nie zawsze w taki sposób, jakiego byśmy pragnęli. Bohaterka filmu modliła się, by mogła być stale z mężem, który pracował na platformie wiertniczej. Pan Bóg spełnił jej prośbę. Mąż uległ wypadkowi i wrócił do niej, najpierw nieprzytomny, a potem przykuty do łóżka. Chciała być stale z mężem i tak się stało.
Oglądając film pomyślałam też, że proszenie nie ma sensu – i tak zawsze dostajemy to, czego potrzebujemy. Ja zawsze dostawałam wszystko, co mi było w życiu potrzebne. W różnej formie, nie zawsze w takiej, jakiej się spodziewałam. Pochodzę ze Śląska, z bardzo biednej rodziny; mój tata był górnikiem i pił, jak większość górników. Moja rodzina materialnie nie mogła mi dać nic. Mama zawsze bała się, że nie będę mogła żyć samodzielnie – nie potrafiła sobie wyobrazić innej możliwości. Była zmartwiona, że poszłam na astronomię; uważała ten zawód za nijaki, według niej lepiej byłoby, gdybym pracowała w banku. A jednak mam pracę, żyję samodzielnie, sama się utrzymuję. I moje życie tak się potoczyło, że zaczęłam prowadzić fundację. Mam przyjaciół. Mam co jeść, mogę sobie kupić książki. Nie mam większych potrzeb. Nie oznacza to jednak, że jestem osobą bogatą – wyjaśniam, ponieważ kiedyś wiadomość, że mam mieszkanie w Krakowie wywołała nieprzyjemne komentarze dotyczące środków, za które ten dom kupiłam.
Jeśli potrafimy dostrzec, ile otrzymujemy w życiu, to modlitwa ograniczająca się do prośby, wydaje się niekiedy modlitwą bez sensu.

W ZGODZIE Z ŻYCIEM

Modlitwa jest dla mnie dziękczynieniem. Uważam, że ja naprawdę mam codziennie za co dziękować: za to, że wróciłam szczęśliwie z podróży, za to, że dzień był dla mnie wydarzeniem, za ludzi, których spotkałam… Ludzie – to największy dar, chyba często nie doceniany. Człowiek sam z siebie nie mógłby się rozwijać, zmieniamy się dzięki innym.
O wiele rzadziej modlę się w czyjejś intencji. Kiedyś nasza koleżanka z pracy, która opiekowała się uchodźcami, bardzo ciężko zachorowała. Gdy zrozumieliśmy, że sytuacja jest bardzo poważna, każdy na swój sposób myślał o niej. Modliłam w jej intencji – nie o uzdrowienie, raczej, by miała siły, zarówno duchowe, jak i fizyczne, żeby przemóc chorobę. To, czy ktoś wyzdrowieje czy nie, moim zdaniem, nie zależy od naszych modlitw.
Modliłam się również za papieża Jana Pawła II, w ostatnich miesiącach jego choroby. Nie wiedziałam, czy przeżyje. Uważałam, że nie powinnam prosić Pana Boga o dłuższe życie dla papieża, ale widziałam jego cierpienie i modliłam się w jego intencji. Jego umieranie było przepiękne – było świadectwem, w jaki sposób można godnie odchodzić, jaką wartością jest śmierć. Dziś albo odsuwamy śmierć z naszego pola widzenia, albo jest ona dla nas tylko kresem, rozpaczą. Oczywiście utrata kogoś bliskiego jest niesamowicie trudna, ale dla nas, wierzących, śmierć nie jest przecież końcem. Poza tym, jeśli spojrzymy na śmierć bardzo racjonalnie, jest oczywiste: jeśli ktoś się urodził, musi kiedyś umrzeć. Często śmierć wydaje się nam przedwczesna, zwłaszcza odejście ludzi, którzy są dla nas ważni, których chcielibyśmy zatrzymać przy sobie dłużej i dłużej. Myślę, że proszenie o długie życie czasami jest skazywaniem człowieka na ogromne cierpienie, nieudolność fizyczną, niemożność słyszenia itd. Nie chciałabym wypowiadać herezji, ale dla mnie śmierć jest czymś naturalnym, czymś, co musi się wydarzyć. Większą troską jest dla mnie to, żeby w chwili śmierci nie żałować, że czegoś nie zrobiłam albo, że zrobiłam coś złego, czegoś nie naprawiłam, że moje życie nie było takie, jakie powinno być czy takie jakbym chciała. Sądzę, że życie jest służbą drugiemu człowiekowi i ten, kto się w tej służbie nie zrealizuje, będzie miał poczucie niespełnienia w chwili śmierci. Myślę, że właśnie tego niespełnienia powinniśmy się bać, a nie samego faktu, że umieramy.

PIERWSZY CUD

Wierzę w cuda. Moje przekonanie, że wyzdrowienie nie zależy od naszych modlitw, nie przeczy temu, że ludzie właśnie w wyniku modlitw doznają objawień czy cudów – dowodzą tego liczne, niezwykle piękne świadectwa. W moim życiu i wokół mnie wydarzyło się wiele cudów, o które w ogóle się nie modliłam ani nie prosiłam, one po prostu się pojawiały.
Pierwszym cudem był fakt, że uratowano mi życie we Francji. Na początku wydawało się, że w ogóle nie będę miała tej szansy, bo polskie Ministerstwo Zdrowia w 1983 roku odmówiło mi sfinansowania leczenia zagranicą. Uznano, że to nie ma sensu, ponieważ mój przypadek i tak nie rokuje nadziei. Tymczasem w cudowny sposób zaczęły pojawiać się różne okoliczności. Oczywiście moje papiery nie pofrunęły do Francji, ale jeden z moich przyjaciół, który został internowany i zmuszony do wyjazdu z Polski, osiadł w Lionie i poznał tam szare urszulanki. Gdy dowiedział się o moim problemie, porozmawiał o nim z siostrami. Jedna z nich poinformowała mojego znajomego, że właśnie w Lionie jest bardzo dobry ośrodek, w którym mogłabym być leczona. Ponadto wkrótce potem siostra ta przyjechała do Polski, gdzie spotkała się ze mną i powiedziała, żeby następnym razem dostarczyć jej dokumenty niezbędne do leczenia. Siostra nie robiła mi nadziei, ani też ja wielkich nadziei nie miałam. Ksiądz Tischner, którego już wtedy znałam, próbował zdobyć jakieś fundusze na ten cel, ale potrzebne były ogromne środki finansowe. Cud polegał na tym, że lekarz, który dostał te dokumenty i który mnie nigdy w życiu nie widział, zobaczył kręgosłup młodej osoby i uznał, że jeżeli się w porę nie zadziała, to przestanę chodzić. Napisał, nikomu nic nie mówiąc, wniosek do francuskiego Ministerstwa Zdrowia o sfinansowanie mojego leczenia i taką zgodę dostał. Następnie napisał do ambasady francuskiej, a ta z kolei powiadomiła mnie, że mam się zgłosić po wizę. To był ewidentny cud, ponieważ nigdy na to nie liczyłam, a z daru, jaki wtedy otrzymałam, korzystam do dziś.

OSTRZAŁ

Inny cud miał miejsce w Sarajewie w 1994 roku. Wracając do Polski, jechaliśmy przez górę Igman – to była jedyna droga, którą można było wyjechać z Sarajewa. Była ona na dwóch kilometrach ostrzeliwana przez Serbów. I te dwa kilometry były niezasłonięte, więc przejeżdżało się ten odcinek nocą. Samochody były puszczane tylko w jedną stronę, wahadłowo. Konwoje, które wyjeżdżały albo wjeżdżały, były zatrzymywane. W trakcie naszego przejazdu tą trasą konwój został ostrzelany. Przed naszym samochodem wybuchł pocisk, kierowca stracił równowagę i samochód spadł do przepaści. Myślałam, że to koniec, to była ogromna przepaść. Wiedziałam, że nie mamy szans… Zdążyłam tylko pomyśleć – „Panie Boże, szkoda…” I nagle, gdy spadaliśmy, otworzyła się klapa od silnika i samochód się zaklinował na 15 metrach na uskoku, pod nami było 70 metrów. To wydarzyło się w listopadzie – w grudniu tego samego roku zginęło tam dziewięciu Francuzów w samochodzie opancerzonym.
Cud – uratowaliśmy się i w dodatku nikomu nic się nie stało. Ja byłam tylko posiniaczona, bo koziołkowałam w samochodzie. Kierowca i nasz przewodnik wypadli przez szybę, ale byli w kamizelkach kuloodpornych, więc im się nic nie stało.

WEJŚĆ WE WSPÓŁPRACĘ Z BOGIEM

To były takie wielkie cuda, ale tak naprawdę cuda zdarzają się na co dzień. Może niewłaściwie nazywam je cudami – tak czy siak, widzę dotknięcie tajemnicy w tym, że wydarza się coś, czego bardzo potrzebujemy, a jednocześnie czego się w ogóle nie spodziewamy.
Gdy organizowałam pierwszy konwój do Sarajewa, nie miałam niczego. Nie wiedziałam, czy to wszystko się uda, nie miałam ani pieniędzy, ani pomysłu, skąd wziąć ciężarówki i dary. Nie miałam też pojęcia, jak tam dojechać. I okazało się, że Pan Bóg już wszystko przygotował, ja musiałam tylko zrobić z wiarą pierwszy krok.
Pojechałam do radia, aby umówić się z dziennikarzem na program radiowy, a on mówi – Wie pani, teraz akurat mam czas, więc wchodzimy na antenę. To była radiowa Trójka i Tomek zapytał mnie wtedy – Była pani w Sarajewie? Co pani widziała? Jak było? Słyszałem, że chce Pani zorganizować konwój? – Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Na końcu powiedział – Proszę podać numer telefonu, pod który ludzie mogą się zgłaszać. Podałam numer telefonu takiej pani, którą poznałam w Warszawie tego samego dnia. Po audycji chciałam zadzwonić do niej, żeby jej powiedzieć, że przepraszam, bo bez jej zgody podałam numer, ale już nie mogłam się do niej dodzwonić. Okazało się, że chęć pomocy, otwartość, ogromne współczucie dla ofiar wojny w Sarajewie, było w Polakach tak wielkie, że wystarczyło, że ktoś poprosił o wsparcie na ten cel i od razu była odpowiedź: No, to ja to zrobię! Dostałam wszystko – media, dary, ciężarówki, pieniądze, ludzi – po prostu wszystko. Oczywiście trzeba było to jeszcze zorganizować, ale naprawdę, proszę mi wierzyć, wszystko przyszło. Teraz postrzegam to właśnie jako taki dar na początek.

ODKRYĆ SWOJE MOŻLIWOŚCI

Zawsze bardzo współczułam ofiarom wojen. Jeżeli coś mnie przerażało, to machina, której nie można było powstrzymać, a wydawałoby się, że to jest takie proste – jeśli są wojny, to wystarczy, żeby ludzie swoje problemy zaczęli rozwiązywać w inny sposób, a nie zabijając się nawzajem.
Najważniejsze myśli, jakie miałam podczas pierwszego pobytu w Sarajewie, to pytanie – co mogę zrobić? Jak widać, mogłam dużo i ciągle jeszcze mogę. Człowiekowi tylko się wydaje, że nic nie może zrobić, często opuszczamy ręce i dochodzimy do takiego wniosku, a tak naprawdę nawet nie próbujemy działać. Tymczasem, jeśli człowiek próbuje jakieś możliwości zawsze się znajdą. Jestem absolutnie przekonana, że każdy z nas swoim sposobem życia, może wpływać pozytywnie albo negatywnie na życie ludzi w Krajach Globalnego Południa (tak się je dzisiaj nazywa – kiedyś mówiło się o nich: Kraje Trzeciego Świata), czyli w państwach najbiedniejszych.

Zobacz więcej

 

Tags:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone *